Opis
Roberto Bazlen, włoski pisarz i współzałożyciel wydawnictwa „Adelphi”, mawiał, że najważniejsze są książki j e d y n e. Nazywał w ten sposób teksty, które mogły przybierać rozmaite formy gatunkowe – powieści, esejów, opowiadań, pamiętników – ale wszystkie musiały się zrodzić „z bezpośredniego doświadczenia autora, przeżytego i zamienionego w coś, co wznosiłoby się samotne i samowystarczalne”. Nie mam wątpliwości, że taką książką jest Mianujom mie Hanka Alojzego Lyski.
Kiedy czytamy poruszający monolog tytułowej bohaterki, czujemy wyraźnie, że każde słowo w tej historii wyłania się z doświadczenia autora, że wszystko, o czym Hanka opowiada, Alojzy Łysko nosi gdzieś głęboko w ciele, że zdarzało mu się, owszem, czynstować na weselu kołoczym i bonkawom, ale też (częściej może) nosić przygniatające swoim ciężarem krziże. I choć Hanka… nie jest rzeczą wprost autobiograficzną, to pomiędzy ciałem a tekstem nie ma tu żadnego fałszu. Dlatego to, co osobne i niepowtarzalne – bolesny często los Alojzego Lyski – tak naturalnie zmieniło się w to, co zbiorowe i uniwersalne. Monodram pisarza z Bojszów buduje wokół siebie wspólnotę doświadczeń bardzo wielu Ślązaczek i Ślązaków, którzy w bolesnym życiu Hanki odnajdują skomplikowane historie swoich bliskich. „Tak było”, „to jest o mnie”, „taka jest prawda” – to bodaj najczęstsze reakcje czytelników książki i widzów spektaklu. Myślałem o tym także ja, wpatrując się w stojące na biurku zdjęcie dziadka Franka w mundurze Wehrmachtu.
Dla zawiązywania się tej wspólnoty znaczenie ma nie tylko to, co się w Mianujom mie Hanka opowiada, ale też, jak się to robi. Alojzy Łysko uwolnił bowiem opowiadaną historię od wszelkich komentarzy, całkowicie pozbawił ją objaśnień. Tylko prosta, surowa, niemal hieratyczna opowieść o naznaczonym śmiercią i cierpieniem życiu Slązaczki. Stąd monodram Lyski ciągle zachowuje swoją źródłową, wewnętrzną siłę – jest niczym nasiona dawnych roślin, które przechowywane w odpowiednich warunkach mogą kiełkować i przynosić owoce nawet po setkach lat.
To długie trwanie porusza mnie także w dziejach Hanki, które tak sama podsumowuje: „Ale Pon Bóg to mi doi, żech wszysko przetrzimała. Wiedzioł, co robi, bo dzisio mogą wom opedzieć, co wyrobiali z tym naszym ukochanym Górnym Slonskiym bez miniony wiek”. Wszysko przetrzimać – w tych słowach zawiera się cały ból śląskiego losu, dramat wyobcowania, przemocy, odrzucenia. Ale jest też w tych słowach jakaś stoicka konieczność przeżycia, jakiś ciemny punkt, z którego nieśmiało przebija światło. To nadzieja, że ów cichy opór – możemy go także nazwać opowiadaniem – pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile. Hanka trwa, bo opowiada.
[dr Artur Madaliński Dyrektor Biblioteki Śląskiej w Katowicach Katowice-Lędziny 2025]




