Skip to content Skip to footer

Godajom mi Helmut

40.00

Helmutowi po ojcu, wcielonym do Wehrmachtu, pozostały: fotografia, wspo­mnienie i to dziwnie brzmiące – w nowej polskiej rzeczywistości – imię. Walkę z ojczymem o zachowanie swojej śląskiej tożsamości toczy niemal przez całe życie, lecz wynik jest zaskakujący. A wręcz zdumiewająco kończy się jego czekanie na ojca… Drugi monodram Alojzego Lyski jest uzupełnieniem pierwszego – na XX-wieczną historię Górnego Śląska spoglądamy tym razem z perspektywy mężczyzny, który mógłby być synem Hanki.

 

Autor: Alojzy Lysko

Projekt okładki, redakcja techniczna, skład i łamanie: Grzegorz Bociek

Korekta: Jan Baron, Grzegorz Bociek

Wydawca: Stowarzyszenie Rozwoju Zawodowego Śląska i Małopolski

Okładka: twarda

Liczba stron: 56

Wymiary: 163 x 242 mm

Kategoria: Product ID: 2809

Opis

Mitu nie da się wymyślić, można jedynie – mniej lub bardziej świado­mie – odtwarzać pewne prastare wzory opowiadania. Odtwarzać można je także wtedy, gdy opowiada się o historii. Spojrzyjmy z tej perspektywy na losy bohaterów dwóch wojen – jednej opiewanej przede wszystkim w micie i drugiej – głównie w historii.

Odyseusza wyprawiającego się pod Troję żegnają Penelopa i Tele­mach; kiedy jednak mija dziesiąty rok od zakończenia wojny i jej boha­ter zmian u Homera jest Atena. „Sercu Telemacha dodała siły i od­wagi i pamięć ojca uczyniła żywszą niż wprzódy” (tłum. J. Parandowski). Palladzie zawdzięcza także swoje przebudzenie Odyseusz. Wraca na Ita­kę zamieniony przez boginię w starego żebraka okrytego „łachmanem lichym”. Jego prawdziwej postaci nie potrafią dostrzec najbliżsi – żona i syn, ale wyczuwają jego obecność: pies Argos towarzyszący Eumajo- sowi i stara piastunka Eurykleja. Odyseusz, rozpoznany w końcu przez syna, a później żonę, zabija zalotników, a z Antinoosem rozprawia się na samym początku. Od kolejnej wojny, z mścicielami zabitych, ochrania ich Atena… Poza pieśniami Odysei znalazły się późniejsze losy Telema­cha, który żeni się z Nauzykaą, jedną z opiekunek ojca, i obejmuje Ita­kę we władanie.

Opowieść górnośląska w wielu punkach przypomina tę grecką. Obie opisują wojny. To znowu historie: syna oczekującego ojca, żony, która za­czyna myśleć o nowym mężu, a także zalotnika do tego miana aspirują­cego. To także opowieść o Itace, czasem zniewolonej, a czasem wolnej.

Różnice są znaczące. Odys nie jest zwycięzcą, lecz pokonanym, nie udaje żebraka, lecz nim jest, jego tułaczka nie ma w sobie nic z rozkoszy, a zna­czona jest jedynie udręką. Penelopa ma tylko jednego adoratora i – ku rozpaczy syna – mu ulega. Zalotnik, barbaros, nie tylko potrafi omotać żonę bohatera, nie tylko próbuje podporządkować sobie syna, ale żąda władzy nad rodzinną pamięcią.

– W tym domu nie chcę słyszeć słowa: Helmut! Masz Franek i tak tu będzie mówione. Zrozumiano?

– Nie chcę słyszeć słowa: Wehrmacht! Ja z tymi zbrodniarzami walczyłem. Oni mi zniszczyli rodzinę!

– Nie chcę też słyszeć o jakimś Francku Martoniu! Był taki, ow­szem, ale się zbył! I nigdy go już nie będzie! Nawet na fotografii!

Dokonuje tego z pozycji zwycięzcy w tej wojnie, jednak czerwony sztandar, pod którym tego dokonuje, ostatecznie okaże się symbolem jego niesławy i sprawi, że dobrowolnie skażę się na banicję.

A jaki jest górnośląski Telemach, który uparcie nie chce być Fran­kiem, tylko Helmutem? Nikt mu nie pomaga przepędzić uzurpatora. Nie podejmuje z nim bezpośredniej konfrontacji, lecz wypowiada mu posłuszeństwo:

– Wulcoku! Nigdy ci niy powiym tato! Nigdy niy bydziesz dlo mie ojcym! Nigdy mie już tyż sam niy ujrzisz! Wynios żech sie z rodzinnego gniozda na dobre.

Pamięć o ojcu i rodzinnych obyczajach podtrzymuje dziadek August przypominający i Eumajosa, i Eurykleję. Koniec tej historii nie ma w so­bie nic z epickiego triumfalizmu czy mistycyzmu, rozumianego jako bez­pośrednie obcowanie ludzi i bogów. Przy Dorce i Helmucie nie pojawia się Atena, która pomogłaby rozpoznać męża i ojca. Nie ujawnia tego tak­że widzom narrator towarzyszący spektaklowi. Maska, figura z upodoba­niem stosowana przez autora Odysei, nie zostanie ściągnięta.

Może jednak ten zabieg odnosi się tylko do postaci ojca? Bo przyj­rzyjmy się pozostałym dramatis personae. Mietek, budujący swe uzurpacje na zasługach pogromcy Niemców, ostatecznie trafia z żoną właśnie tam – do Rajchu. Górnośląski Telemach wraca – nie wiemy pod którym imieniem – wraz ze swoją ukochaną do rodzinnego gniazda. A czy Ita­ka, znajdująca się gdzieś na ziemi pszczyńskiej, nie przypomina jednak pałacu po dokonaniu wielkiej rewolucji? Lenka rozpali zapewne ogień w kuchni, tak jak to zrobiła Eurykleja, usłyszawszy od swojego pana: „Przynieś staruszko siarki – to lek na wszelkie zło, przynieś ogień, bym wykadził megaron”.

Czy po tym wszystkim, co się stało na Itace, dość już wyludnionej i zmienionej, rzeczywiście można po prostu wrócić do tego, jak było wcześniej? Zadajmy nowym-starym lokatorom te chociażby pytania: Kogo mamy prawo nazywać „obcym”, a kogo „swoim” na tym skrawku ziemi? Czyim domem jest (moja) ziemia? Na czyjej ziemi stoi mój dom?

Tak, na starych wzorach oparte są opowieści o trwaniu i powrocie, o czekaniu i pamięci (nawet pamiętliwości), o złudzeniu (także straco­nym) i rozpoznawaniu; mimo że rozgrywają się w różnych scenografiach. Opis historii można oprzeć na takim (historia zwycięzcy) lub innym (hi­storia pokonanego) wzorze. Mitu nie można wymyślić ani zignorować, można go zastąpić innym mitem. Te dylematy stają zarówno przed mi­tycznymi herosami, jak i bohaterami naszej historii.

Homer inscenizuje oczekiwanie uwieńczone słodyczą zemsty i serią rozpoznań. Łysko pisze o czekaniu prawie na pewno daremnym – takim jak na Godota – i rozpoznaniu mocno niepewnym, ale niewykorzenionym zupełnie z nadziei. Odwiedziny dziwnego rosyjskiego więźnia czy zruszczonego śląskiego raba, na którym „wisioł stary wyleziały mantel”, przypominają całą serię scen, gdzie jeden z bogów, albo i sam Bóg, wkra­cza w życie ludzkie, pozostawiając – tak jak w Emaus – tylko przeczucie obcowania z Tajemnicą, a nie mistyczną pewność. Jeśli to mąż Dorki i oj­ciec Helmuta pojawia się w ostatniej scenie, to jakże się nie zdumiewać jego wyczuciem chwili, tym co Grecy nazywają kairos? Po latach wra­ca do swojego domu, widzi swoją Penelopę, która ułożyła sobie już ży­cie z innym mężczyzną i spodziewa się kolejnego dziecka. Dlatego od­chodzi, by spotkać się z kolejną Tajemnicą – może ukojenie przyniesie mu jedynie franciszkańska kontemplacja Boga i Natury? Ileż tonów wybrzmiewa w tej codzie!

W poemacie Alojzego Lyski pisanym przez niego całe życie, a po­święconym czekaniu na ojca, Godajom mi Helmut należy do najbardziej przejmujących pieśni.

[Krystian Węgrzynek Katowice-Lędziny 2025]